proti - to be online
Strona korzysta z plików cookies

Edward Lubochoński - wspomnienia z lat 1940 - 1941 (fragment)

Autor: Danuta Bodnar
Data dodania: 14.12.2018

W nocy 10 października 1940 r. zostałem aresztowany przez NKWD. Zabrano mnie z domu moich rodziców w Nowo Wilejce i odwieziono do więzienia na Łukiszkach. Tam wprowadzono mnie do długiego korytarza pełnego aresztowanych tej nocy ludzi. Wszyscy byli ustawieni twarzami do ścian z rękami założonymi na karku. Wepchnięto mnie w szereg stojących tak ludzi. Staliśmy tak przez wiele godzin. Po korytarzu przechadzali się uzbrojeni strażnicy, bacznie pilnując, abyśmy nie porozumiewali się ze sobą. Dopiero późnym popołudniem korytarz zaczął się wyludniać. Stopniowo odprowadzano aresztowanych do cel.

Długo czekałem na swoją kolej. Zaprowadzono mnie do celi na pierwszym piętrze. Było tam już dwóch więźniów wcześniej aresztowanych. Jeden w wieku około 40 lat o nazwisku Żukowski. Jak się potem okazało był właścicielem majątku ziemskiego na Kresach Wschodnich. Gdy przybyli po niego i jego rodzinę, zdołał się ukryć. Jego żonę z dwojgiem dzieci wywieziono w głąb Rosji. Parę tygodni później aresztowano i jego samego. Drugim lokatorem w celi był młody inżynier Dąbrowski pochodzący z Wilna.

 

Cela była ponura. Małe, wąskie pomieszczenie przeznaczone dla jednej osoby. Niskie, szerokie okienko przysłonięte było blaszanym okapem. Przepuszczał on wprawdzie światło do celi, ale zasłaniał widok na zewnątrz. Do jednej ze ścian przymocowana była odkładana prycza do spania, również odkładany blat stolika i blat siedzenia. Przy drzwiach w rogu stał kibel w drewnianej obudowie. Opróżniany był raz na dobę. Czynność tę wziął na siebie Żukowski. Gdy rano strażnik otworzył cele i zawołał: „uborna”! – Żukowski łapał za kibel i spieszył do ubornej, żeby go opróżnić i wypłukać zawsze starał się zrobić to bardzo szybko, żeby mieć chwilę czasu na sprawdzenie, czy jest gdzieś może ukryta jakaś informacja lub gryps. Raz udało mu się znaleźć wędrującą po więzieniu książkę „Pan Balcer w Brazylii” Marii Konopnickiej. Moje ubranie i buty zabrano do magazynu. W zamian dostałem koszulę i spodnie z workowego płótna i drewniaki na nogi. Do celi wrzucono mi stary, zniszczony siennik z garstką słomy i derkę zamiast koca. Dostałem też kociołek i łyżkę. Już w pierwszym tygodniu pobytu w więzieniu dopadły mnie wszy. Walczyliśmy z tą plaga całymi dniami, bez skutku.


Dąbrowski był spokojnym, zamkniętym w sobie człowiekiem. Natomiast Żukowski zanudzał nas ciągłym narzekaniem na warunki, na jedzenie. Bez przerwy opowiadał, jakie to potrawy jadano w jego domu, jak je przygotowywano. Cierpliwie słuchaliśmy tych jego narzekań i tęsknoty za utraconym dobrobytem. Jednak to było trudne do zniesienia szczególnie w warunkach w jakich nas więziono i jak nas karmiono. Rano i wieczorem dostawaliśmy coś, co miało być kawą (często pełną fusów), kawałek chleba i miarkę cukru. Na obiad zaś jednego dnia była była wodnista zupa z pastewnych buraków, a na drugi dzień z odpadów kapuścianych. I tak na przemian.

W ciągu dnia w więzieniu było dość spokojnie. Dopiero w nocy zaczynało się życie. W ciszy słychać było wyraźnie, jak otwierają się okienka w drzwiach celi i słowa: „Wasza familia?”. Kiedy strażnik usłyszał nazwisko tego, po którego przyszedł następowało kolejne polecenie: „Wstawajtie, pojdiotie co mnoj”. Były także inne, bardziej niepokojące odgłosy – płacze, krzyki, jęki jakby dochodzące z podziemi. Do dziś pamiętam rozpaczliwy szloch małej dziewczynki: „Ja chcę do mamusi!”, a zaraz potem nastąpiła cisza. Pewnie ją uspokojono. Zdarzały się także strzały na piętrze lub w lochach.

Wreszcie i ja doczekałem się zaproszenia na rozmowę. Przyjąłem to spokojnie. Przed północą zabrano mnie z celi i zaprowadzono do dużego, prawie pustego pokoju. Za biurkiem siedział młody oficer w mundurze. Robił wrażenie wesołego, zadowolonego. Podsunął mi paczkę z papierosami i zaproponował, żebym zapalił, a nawet wziął kilka dla kolegów z celi. Nie skorzystałem z tego. Byłem zbyt zaniepokojony tym, po co mnie tu wezwano i tym, co mnie tu spotka. Dotąd zwracał się do mnie po rosyjsku. Gdy na pytanie dotyczące przynależności do „podpolnoj” organizacji odpowiedziałem: „nie”, zastanowił się chwilę, a potem już po polsku powiedział: „Nie będziemy tracić czasu”. Zasypał mnie pytaniami, wcale nie czekając na odpowiedzi: „A sierżanta Antoniego Onisko znacie? Prawda? A Gudaczewski z wami był? A tę karteczkę z treścią przysięgo, którą składaliście przed Antonim Onisko, poznajecie?” byłem przerażony. Nie wiedziałem, że Onisko jest aresztowany. Musiał nas zdradzić. Na zakończenie śledczy podsumował moją sprawę znowu po rosyjsku:puściłem „Wystupał protiw sowieckoj własti” i kazał wracać do celi. Parę tygodni później zabrano mnie znowu do śledczego, tym razem w dzień. Był to ten sam oficer.
Za chwilę wprowadzono drugiego więźnia – Kazimierza Pieleckiego, dobrze mi znanego. Gdy spojrzałem na niego, znacząco mrugnął okiem. Przyjąłem postawe obojętna. Gdy śledczy powiedział po rosyjsku: „priwietswujtie, eto wasz znakomyj”, powiedziałem, że go nie znam. Widocznie zabrzmiało to przekonująco, bo kazał odprowadzić mnie do celi.

Około 20 czerwca 1941 roku nastąpiła nowa fala aresztowań. Do naszej celi dokwaterowano dwie osoby. Byli to profesor Uniwersytetu Wileńskiego – starszy już człowiek i młody Litwin – pracownik kolejowy. Znaleźliśmy się w warunkach nie do opisania. Ani gdzie stać, ani siedzieć, ani leżeć. Do tego ten śmierdzący strasznie kibel. W maleńkiej klitce pięć dorosłych osób! 22 czerwca coś zaczęło się dziać. Z samego rana usłyszeliśmy tupot nóg na schodach prowadzących w dół. Od tego dnia nie dostawaliśmy już posiłków, nie mogliśmy opróżniać kibla. Więźniowie na naszym piętrze zaczęli walić menażkami w drzwi. Dołączył do nich Żukowski. Podszedł do nas wystraszony strażnik i zaczął prosić o spokój. 23 czerwca o północy przyniesiono nam nasze ubrania, kazano się przebierać i opuścić celę. Dołączyłem do schodzących w dół ludzi. Wkrótce znaleźliśmy się za bramą więzienną i na kolanach oczekiwaliśmy razem dalszego losu. Więźniów przewożono autobusami komunikacji miejskiej na stację towarowa. Tu - znowu na kolanach – czekaliśmy na załadunek do wagonów. Dookoła mundurowi z psami. Straszono nas: „Szag w lewo, szag w prawo – ubju!”. Władowano mnie do czwartego od końca wagonu. Przedostałem się do ściany i usiadłem na podłodze. Do wagonu ciągle dopychano nowych ludzi. Powstał niesamowity tłok. Osłabieni słaniali się na nogach. Rano, w pobliżu składu, rozległy się strzały. Pociąg jakby ruszył z miejsca, ale zaraz się zatrzymał. I stał tak do 24 czerwca. Nagle rano otwierają się drzwi do naszego wagonu i ktoś woła po polsku: „Panowie, wychodźcie! Ruskich już nie ma!”. Wagon błyskawicznie opustoszał. Wszystkim wróciły siły! Wyskakiwali z wagonu i szybko znikali. Na torowisku leżały dwa ciała więźniów, co było dowodem podjęcia próby otwarcia wagonu. Nieco dalej leżały dwa ciała sowietów, a dalej na ulicy kolejne trzy. Kilku wyzwolonych szło na wschód, w kierunku czoła pociągu. Ja za nimi. Parowozu przy składzie nie było. W pierwszym otwartym wagonie stała grupa obdartych i wynędzniałych kobiet i mężczyzn. Jeden idący przede mną zawołał: „Na co czekacie? Jesteśmy wolni! Na to usłyszeliśmy odpowiedź: „A kuda my pojdiom, my z rosiji”. Zorientowałem się, że zła drogę wybrałem do domu. Torem kolejowym może i było bliżej, ale mogło być niebezpiecznie. Zawróciłem. Kiedy doszedłem do Śródmieścia, na ulicę Wielką wjeżdżały dwa patrole niemieckie na motocyklach. Opuściłem miasto i znanym sobie szlakiem, wracałem na Nowo Wilejki. Miałem do przebycia 8 kilometrów. W połowie drogi zabrakło mi sił, usiadłem, żeby odpocząć. Tak znaleźli mnie ojciec z siostrą.

Okazało się, ż Witold Gudaczewski nie był aresztowany. Po namyśle zrezygnowałem z wyjaśniania tej sprawy, z uwagi na niepewną sytuację polityczną. On też nie zdradzał ochoty rozmowy ze mną. Był gruźlikiem. Wkrótce po przesiedleniu do Polski zmarł. Onisko po wojnie osiedlił się w Niemczech Zachodnich i tam zmarł.


Wkrótce po tym, jak wróciłem do domu, otrzymałem informację, że wileński Czerwony Krzyż rejestruje byłych więźniów politycznych. Zgłosiłem się i otrzymałem odpowiednie zaświadczenie. W 1982 roku wstąpiłem do Związku Kombatantów w Inowrocławiu. W deklaracji wpisano mi: „Brał udział w wojnie obronnej i przebywał w niewoli radzieckiej”, co nie jest zgodne z prawdą. Nie zgodzono się na zapis o moim aresztowaniu i 8-miesięcznym pobycie w więzieniu. Próbowałem początkowo protestować. W końcu zgodziłem się z przedstawionymi mi argumentami, że bez względu na to, jaki będzie zapis, jestem kombatantem. Aktywnie włączyłem się do pracy w kole i w latach 1989-1997 byłem prezesem tego koła. W roku 1997 córka sprowadziła nas do Szczecina z zamiarem opiekowania się mną i chorą matką. Niestety, los chciał inaczej. Obie opuściły ten świat, pozostawiając mnie samego. Najbliższa rodzina mieszka w Olsztynie, syn w Rzeszowie. Na wnuczkę mieszkająca obok nie mogę liczyć. Sama ma problemy z własnym życiem.