proti - to be online
Strona korzysta z plików cookies

Był wśród nas - pamięci płk-a Jana Kazimierza Szyszkowskiego (1925-2019)

Autor: Danuta Bodnar
Data dodania: 08.02.2019
 [...] To on głosem, jak głos spiżowego dzwonu, zagrzewał do walki swój oddział moździerzy na przyczółku Warecko Magnuszewskim, na Saskiej Kępie w Warszawie, na Wale Pomorskim i w Kołobrzegu.

 

OSTATNIE POŻEGNANIE  PŁK-A  JANA  KAZIMIERZA  SZYSZKOWSKIEGO.

przygotował i wygłosił kpt. ż. w. Marian Cebrat

 

 

Szanowna Rodzino, Szanowni Państwo, Koledzy i Przyjaciele!

To trudny dla nas dzień. Który to już raz odprowadzamy na Kwaterę Kombatantów bohatera II wojny światowej? Popatrzcie! Kwatera niemal zapełniona tymi, którym pomimo trudu bojowego, nieszczędzenia krwi na polu walki, dane było dożyć dni wolności.

 

 

Dziś stoimy nad grobem w pierwszym rzędzie Kwatery, przeznaczonym dla wyjątkowych kombatantów. Bo ten, którego dziś odprowadzamy,  był nie tylko człowiekiem bardzo nam bliskim, ważnym w naszym życiu, ale przede wszystkim był bohaterem  okresu II wojny światowej. Przeszedł bowiem cały szlak bojowy z I. Armią Wojska Polskiego - ze Związku Radzieckiego do Berlina, a zakończył na wschodnim brzegu Łaby.

Urodził się 15.05.1925 r. w Czernelicy w woj. stanisławowskim – dzisiejsza Ukraina.    
W kwietniu 1940 r., mając 15 lat, wraz z całą rodziną został deportowany na Syberię.  Skierowany do Trudowoj Armii  na Uralu, budował kopalnię węgla.  We wrześniu 1943 r. zaciągnął się ochotniczo do tworzonej przez gen. Zygmunta Berlinga I. Armii Wojska Polskiego. Ukończył Riazańską Szkołę Oficerską i jako podporucznik,  z 3. DP im Romualda Traugutta przeszedł szlak bojowy do Berlina i dalej aż do Łaby. To on głosem, jak głos spiżowego dzwonu, zagrzewał do walki swój oddział moździerzy na przyczółku Warecko Magnuszewskim, na Saskiej Kępie w Warszawie, na Wale Pomorskim i w Kołobrzegu. To on po sforsowaniu Odry nie pozwolił wycofać się swojemu oddziałowi przed natarciem przeważających sił kontratakującej armii hitlerowskiej, osłaniając przegrupowującą się polską dywizję. To on ścigał wroga aż do Łaby, przez którą ucieczki  już nie było.

Po wojnie, ukończył studia w Artyleryjskiej Akademii Wojennej – dowodził pułkiem artylerii 12 Dywizji Zmechanizowanej. Kończy również studia pedagogiczne, potem broni pracy doktorskiej. Minister Obrony Narodowej powołuje go  w 1972 r. na stanowisko docenta w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Rakietowych i Artylerii w Toruniu. Przeniesiony do rezerwy w 1975 r., podejmuje pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej, a następnie na Uniwersytecie Szczecińskim. Publikuje wiele prac o charakterze naukowym z dziedziny wojskowości, a także wiele wspomnień kombatanckich.

 

 

W wyrażaniu swoich opinii odnoszących się zarówno do spraw obronnych jak i społecznych cechuje go niezwykła odwaga – jest bezkompromisowy. Jego niezwykle silny głos jest słyszany na wielkich uroczystościach kombatanckich w Kołobrzegu, Wałczu, Siekierkach. Słuchali go wysocy rangą urzędnicy państwowi, słuchali prezydenci. Cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem w środowisku wojskowym, naukowym, młodzieżowym, a szczególnie kombatanckim.

 

 

Za swoje zasługi został uhonorowany wieloma wysokimi odznaczeniami państwowymi. Między innymi były to:

1.   Srebrny Medal Zasługi na Polu Chwały.

2.   Krzyż Walecznych.

3.   Złoty Krzyż Zasługi.

4.   Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

5.   Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

6.   Inne, liczne medale.

Takiego oto człowieka żegnamy dziś na zawsze. Stoimy przy jego grobie zdumieni ciszą,
a przecież jego silny głos tak bardzo dominował nad otoczeniem – nie tylko swoją siłą, ale także treścią wypowiadanego słowa.

 

 

Drogi Pułkowniku i Przyjacielu. Jesteśmy tu dzisiaj, aby oddać Ci hołd i podziękować za lata walki
o wolność Ojczyzny, za lata pracy nad odbudową i umacnianiem jej suwerenności, za wspaniałą współpracę na rzecz środowiska kombatanckiego. Niech pamięć o Tobie zapiszą karty historii, a my zachowamy Cię na zawsze w naszej wdzięcznej pamięci.

 

 

Moi drodzy.

Po śmierci płk-a Leona Bodnara, spoczywającego nieopodal, Pani Danusia Bodnar – jego synowa, napisała wiersz. Dziś dedykuje go serdecznemu przyjacielowi jej teścia.

 

 

Skończyło się, zgasło Twe życie niełatwe

Okrutnie wojną naznaczone

Choć bardzo jeszcze chciało trwać,

Musiało przejść na drugą stronę.


Żona, dzieci, wnuki … - w smutku pozostali.

Serdeczni przyjaciele? – cóż … -  będą płakali.

Towarzysze broni? – większość  z nich już w niebie

Oni tam z utęsknieniem oczekują Ciebie


A Ty? Odpoczniesz wreszcie, odetchniesz

W śnie wiecznym, spokojnym ….

Nie będą Cię już męczyły

Koszmary z lat wojny.

                                                                                            

                                                                           Spoczywaj w pokoju!

 

 

 

 

 

Pokłon żołnierzowi, nauczycielowi, przyjacielowi  
- pamięci płk-a Jana Kazimierza Szyszkowskiego – Jan Maciej Roślicki

 

 


Uczestnicząc w ostatniej drodze naszego przyjaciela płk-a Jana Szyszkowskiego, każdy z nas na swój sposób przeżywa to, czego za jego przyczyną doświadczył, ale u wielu z nas pojawia się ta sama refleksja. Jan Kazimierz Szyszkowski był mężem, ojcem, dowódcą, nauczycielem, ale przede wszystkim był żołnierzem. Był nie tylko świadkiem historii, był także jej twórcą. Tworzył historię nie tylko w czasie działań wojennych. Tworzył ją także po zakończeniu II wojny światowej.

Nasza, licząca sobie kilkadziesiąt lat znajomość, która przerodziła się w głęboką przyjaźń, zrodziła się w Kołobrzegu. Wspólnym motywem tej przyjaźni stało się słowo: „SŁUŻEBNOŚĆ”. Jego służebność wynikała z żołnierskiej powinności wobec Ojczyzny, narodu, współbraci. Moja – z pięciu Prawd Ludzi Rodła, a szczególnie z tej, która brzmi: „Co dzień Polak Narodowi służy” i dziennikarsko-społecznej powinności. Jego służebność połączona z pasją historyka kazała Mu głosić prawdy o nas takimi, jakimi one są. Czasem kłuło to w oczy tych, co chcieli ową prawdę „uszlachetniać” dla swoich koniunkturalno -  politycznych celów. We wstępie do swojej książki „W wojskowej służbie” napisał: „Doskonałym może być człowiek, który tak samo myśli, mówi i czyni.” Ty, Janie, takim byłeś i za to składam Ci głęboki, dziękczynny pokłon.

 

 

Stara maksyma głosi: „ Umarli otwierają oczy żywym”. Ty otwierałeś nasze oczy jeszcze za życia, mając odwagę przypominać, że bolesnej i pogmatwanej historii naszego narodu nie można traktować wybiórczo, koniunkturalnie lub nawet oszukańczo. To była Twoja misja i powinność życiowa. Spełniłeś ją należycie. W 2000 roku, w Kołobrzegu, kiedy byliśmy świadkami podpisania listu – aktu pojednania między żyjącymi jeszcze żołnierzami polskimi i niemieckimi, padły słowa przestrogi: „Nigdy więcej”. Mówiłeś wtedy, że adresowane są nie do nas - dziadków, lecz do naszych wnuków. Byli przy tym obecni ci, co walczyli o Kołobrzeg i szczęśliwie przeżyli, idąc tak z Armią Polską jak i Czerwoną. Zwycięski szlak bojowy Twój i wielu innych tych żołnierzy zaczynał się w stepach Kazachstanu, prowadził przez sławetne Siekierki a kończył się w Berlinie i nad Łabą. Będziemy o tym pamiętać, Janie.

 
 
W powojennej rzeczywistości dane nam było być świadkami wręcz rewolucyjnych zmian. Znikały granice zastępowane drogowskazami, ludzie mogli sami budować swój los, korzystając z mechanizmów wolności, demokracji i samorządności. Świat i Europa stanęły przed nami otworem. Nie umiemy jednak spożytkować dobra, jakim jest pokój. Widzimy to i bolejemy nad tym. Twierdziłeś, że linia ognia w toczącej się u nas „wojnie domowej” jest niewidoczna, bo przebiega przez serca ludzkie. Również za tę, jakże trafną diagnozę, składam Ci żołnierzu – historyku głęboki pokłon. Zgadzałeś się z Cyceronem, który mówił: 
„ Pokój, nawet niesprawiedliwy, jest lepszy niż najsprawiedliwsza wojna.”
 
Spoczywaj w pokoju, Janie
 
 

Moje wspomnienie o pułkowniku Janie Kazimierzu Szyszkowskim


Pułkownika Jana Kazimierza Szyszkowskiego poznałam w 1976 r. Byłam wtedy studentką III. roku filologii rosyjskiej
w szczecińskiej WSP i tak jak wszystkie moje koleżanki byłam słuchaczką studium wojskowego. Kierownikiem tego studium był właśnie pułkownik Szyszkowski i u niego zdawałam potem egzamin. Wiedziałam, że jest serdecznym przyjacielem mojego teścia płk-a Leona Bodnara, ale nigdy wcześniej nawet Go nie widziałam.

Podczas egzaminu był niezwykle zasadniczy. Miał mocny, dźwięczny głos i bardzo wnikliwe spojrzenie. Jednak mimo całej tej wojskowej zasadniczości w postawie, w wyglądzie, w sposobie mówienia zauważyłam, że w jego oczach „czaił się” uśmiech. Wyglądało to tak, jakby tylko czekał, żeby się roześmiać głośnym, nieskrępowanym śmiechem. Kiedy to dostrzegłam, cały egzaminacyjny stres minął bez śladu. Egzamin zdałam na 4+ i straciłam z oczu pana Pułkownika

na 40 lat.

 

 

Ponownie spotkaliśmy się dopiero w 2013 roku w siedzibie Zarządu Wojewódzkiego Związku Kombatantów przy
ulicy Kaszubskiej. Byłam już emerytką i podjęłam się prowadzenia biura zarządu. Jak się okazało, pan Pułkownik bywał tam częstym i zawsze niecierpliwie wyczekiwanym gościem. Kiedy od nowa się sobie przedstawiliśmy, przypomnieliśmy nasze spotkanie sprzed lat, pan Pułkownik szeroko otworzył ramiona i mocno mnie uścisnął.  Całkiem tak samo robił to mój tato, gdy przyjeżdżałam do domu na wakacje. Wzruszyłam się. Od tamtej chwili widywaliśmy się dość często, zawsze serdecznie się witaliśmy i zawsze przygotowywałam panu Pułkownikowi kawę.  Lubiłam go słuchać. Imponował mi niezwykle szeroką wiedzą, zasadami, którymi kierował się w życiu, sposobem traktowania ludzi. Wszyscy bez wyjątku ogromnie go szanowali. Wiedziałam także, że zawsze dotrzymuje słowa. Podczas uroczystości rocznicowych w Wałczu, w Siekierkach, w Kołobrzegu to On zazwyczaj przemawiał w imieniu kombatantów. Z jednakowo wielką uwagą słuchali go kombatanci, wysoko postawieni urzędnicy państwowi i goszczący czasem w tych obchodach prezydenci naszego kraju. Mikrofon nie był mu potrzebny. Jego dźwięczny i mocny głos i tak niósł się daleko. Bardzo mocno przeżył śmierć swojego przyjaciela – Leona Bodnara. Kiedy przychodził potem w odwiedziny, zawsze dłuższą chwilę spoglądał na jego portret wiszący w gabinecie prezesa i na chwilę pogrążał się w sobie tylko znanych myślach.

 
Nie tak dawno, w styczniu, kiedy przyszedł nas odwiedzić – jak się teraz okazało – ostatni raz, był już bardzo chory.
Z trudem się poruszał i mówił słabym głosem. Ale uściskał mnie jak zawsze serdecznie a potem - jak zawsze
ze smakiem - wypił podaną Mu kawę. Zamówiłam potem dla Niego taksówkę, bo chociaż mieszkał niedaleko, nie dałby rady dojść pieszo do domu. Pomachałam Mu na pożegnanie. Rozmawiałam z Nim potem jeszcze telefonicznie, planował nas znowu odwiedzić, ale ten jedyny raz w życiu nie dotrzymał słowa. Nie przyszedł. 
 
Danuta Bodnar

W imieniu Rodziny zmarłego Jana Kazimierza Szyszkowskiego serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy przybyli, aby towarzyszyć Mu ostatniej drodze.
Prezydium Zachodniopomorskiego Zarządu Wojewódzkiego ZKRP i BWP w Szczecinie
10.02.2019 13:53